poniedziałek, 3 sierpnia 2020
Imieniny: Augustyna, Kamelii i Lidii

RSS RSS

High contrast
A- A+

Wersja tekstowa

KameryFacebook

Menu ▼

Formularz wyszukiwania

Michał Siomka – „Wywieźli nas – nie wiedzieć czemu, nad ranem w mroźną noc, i to w nieznane…

Już następnego dnia zabrano wszystkich dorosłych (oprócz dzieci i starców) do pracy w lesie, w którym rosły olbrzymie, wiekowe sosny, proste niczym struna. Pan Michał też został zagoniony, mimo młodego wieku, do pracy. Za pracę minimalnie płacono, dzięki czemu można było kupić nieco żywności, której dookoła bardzo brakowało. Wśród nich było wielu osadników wojskowych, którzy byli trochę bogatsi, więc wymieniając swoje pamiątki i jako takie sprzęty, mogli kupić więcej jedzenia. I im żyło się znacznie lepiej.

Do czerwca następnego roku można było bez problemów kupić i biały, i czarny chleb, ale tylko do wybuchu wojny niemiecko – radzieckiej. Wtedy wprowadzono racje żywnościowe. Pracujący otrzymywali 600 g, a niepracujący 300 g chleba. Panowała tu utarta zasada: „Nie rabotajesz, nie kuszajesz”.

Do tego czasu sporo osób zmarło z głodu i zimna. Można było powiedzieć, że była to plaga. W szczególności – co było raczej dziwne, umierali młodzi ludzie, w wieku 18 – 20 lat. Pan Michał zapadł na zapalenie płuc, ale dzięki tak zwanym bańkom, wyzdrowiał. Chorował na tę chorobę jeszcze raz nieco później. I znów bańki go uratowały od śmierci.

Tak czas i szary los toczył się do  lutego 1942 roku. Wtedy dostali możliwość wyjazdu. Zasugerowano im Buzług w dalekim Kazachstanie. Wreszcie wsiedli na sanie i dotarli do Brynałkoka nad Dzwiną (jechali tydzień). Wtedy ojciec pana Michała zrobił prymitywne sanie, po czym ponownie spakowali się i udali w podróż do stacji kolejowej Chołogorskaja. Potem była Ilma – dom kołchoźnika, ponownie Chołogorskaja. Dużo osób chorowało na „kurzą ślepotę”; pana Michała to choróbsko ominęło na szczęście i wieczorami oraz nocą był niczym przewodnik. Wtenczas wielu ludzi zapadało na różne choroby i umierało. A przenikliwe zimno dokuczało cały czas.

Przed dalszą podróżną udało się rodzinie załatwić większą partię zbawiennego chleba, co być może uratowało im później życie. Ale w tym czasie jedyny transport kolejowy odjechał, odjechał bez nich, bo się spóźnili. Zagnieździli się tu na dłużej, pracując i wegetując. Pracujący znów otrzymywali 600 g chleb plus wodnistą zupę, niepracujący tylko 300 g chleba. W tym czasie wielu myślało, że to już koniec, że przyszedł na nich kres. Wielu poddawało się i niestety umierało. Rodzina Siomków była na tyle silna, że żyła i chciała żyć, walczyła codziennie o przetrwanie. Starali się więc codziennie przetrwać najgorsze chwile, jakie spotkały ich na dalekim zesłaniu.

Najstarszy brat Wacław uciekł stamtąd i dotarł do położonego o 100 km sowchozu w Pierniłowie. Został tu docenianym kowalem. Potem to samo zrobił ojciec Roman i komendant cofnął  rodzinie Siomków przydział na chleb. Nie jedli przez pięć dni. Było strasznie i głodno. Wszyscy snuli się niczym muchy w smole. A na domiar złego było strasznie zimno, no i głodno. Po tych kilku strasznych dniach pojawił się brat pana Michała, Wacław, który przyniósł z sobą trzy bochny zbawiennego chleba i kartki na żywność. Wtedy jakoś odżyli.

Po pewnym czasie udało się całej rodzinie przenieść w okolice pierniłowskiego sowchozu. Ojciec pracował tu jako dostawca chleba z piekarni do sklepu, brat Wacław był dalej kowalem. Tu im się żyło już nieco lepiej.

Latem 1943 roku ojciec opuścił rodzinę i poszedł do nowo formowanego polskiego wojska z którym szczęśliwie walczył, aż do zakończenia wojny.

Piękne lato, jakie nastało, dostarczało im niezbędnych witamin w postaci żurawiny, borówek czy czarnej jagody. Wszyscy jakoś odetchnęli z ulgą, bowiem w tym czasie żołądek „nie grał im marsza”.

Szykowali się do wyjazdu do dalekiego i nie znanego Saratowa. W międzyczasie była stacja Plesiecko (tu spędzili trzy dni w opuszczone cerkwi), potem był Krasnyj kut’ (Saratowska Obłost’), a następnie położona o 30 km dalej Żdanowka, gdzie zatrzymali się na niedługo w miejscowym sowchozie. Przemieszczali się wozami ciągniętymi przez woły (koni tu nie było, albo były symbolicznie). Ruszyli ponownie, tym razem do położonego o 20 km kołchozu w Karpionce o nazwie „Stalinowska Puć”. Wokół widzieli tylko step i step. Kilometry bezkresnego stepu, aż po horyzont. Brat Wacław zaczął pracować w miejscowej kuźni, mama opiekowała się dziećmi. Pan Michał poszedł do trzeciej klasy na przełomie 1943 – 44 roku.

Wiosną czterdziestego czwartego młodzi łapali gawrony i wrony, by coś więcej zjeść. Zbierali sowie jaja i je gotowali. Ba, nawet była historia z jeżem w tle. Okazało się, że sąsiadka przygotowała dzieciom posiłek, którym jak się później okazało, był… jeż. „Nie powiem, potrawa smakowała jak każda inna, tyle tylko, że był to… jeż…” – wspomina z uśmiechem pan Michał.

Osoba odpowiedzialna za treść:  Aleksandra Sławińska
Osoba publikująca:  Urząd Miejski
Data publikacji:  07.03.2014 10:09:25
Data modyfikacji:  29.02.2016 13:55:37
Ilość wyświetleń:  2795
DataOsoba dokonująca zmianOpis zmiany
29.02.2016 13:55:37Balbina Kaczanowskaedycja strony
07.03.2014 10:09:25Monika Kosińskadodano stronę