wtorek, 4 sierpnia 2020
Imieniny: Dominiki, Dominika i Protazego

RSS RSS

High contrast
A- A+

Wersja tekstowa

KameryFacebook

Menu ▼

Formularz wyszukiwania

Henryk Matusiewicz – „Mnie, małego chłopca, wywieźli zdradziecko w dalekie, dalekowschodnie strony wraz z rodziną…”

Potem przetransportowano ich wszystkich furmankami do Zagodzkota, gdzie znajdował się sowchoz, położony około 2 km dalej.

„Dostali przydział” do byle jakiej ziemianki, a dorosłych i podrastające dzieci zagoniono do ciężkiej i trudnej pracy.

Jak wspomina pan Henryk, przez cały czas pobytu na Syberii panował wielki GŁÓD,  stąd wiele ludzi nie dawało sobie rady, odbierając sobie nawet życie i umierając częstokroć z niedożywienia i braku niezbędnych witamin potrzebnych do codziennej egzystencji.

Dorośli – a więc pracujący, otrzymywali tak zwany „pajok”, czyli dziennie pół kilograma czarnego mazistego chleba, natomiast dzieci i starcy, którzy w rzeczy samej nie pracowali, tylko 250 g.

Zimy na tym Dalekim Wschodzie były bardzo srogie, śnieżne i mroźne z temperaturami sięgającymi poniżej 42 stopni C poniżej zera. Jak pamięta, ziemianki były wówczas głęboko zasypane przez ogromne ilości śniegu. „Pamiętam, że wydostawaliśmy się z naszego schronienia przez otwór w suficie. Nie było w ogóle mowy, by wydostać się wtenczas przez zaryglowane śniegiem drzwi. Pamiętam też, że śnieg w dużych ilościach topiliśmy, by uzyskać wodę – drogocenny płyn.” - wspomina z rozrzewnieniem pan Henryk.

Lata natomiast były bardzo upalne, ale krótkie, bo trwały około trzech miesięcy. „A potem była tylko zima i zima…”.

Wiele osób, w tym też i rodzina Matusiewiczów, chorowała na tyfus. Często ludzie chorowali na szkorbut i jaskrę, po kozacku „kozauru”.

Wspomina, że ludzie jedli dziko rosnący czosnek, by powstrzymać szkorbut, który bardzo się szerzył  w ich osadzie.

Matka, podobnie jak inni dorośli, mając zawsze przy sobie małą córkę Reginę, pracowała bardzo ciężko. Przerzucano ich z miejsca na miejsce, a odległości były dość znaczne, co było dodatkowym utrudnieniem. Ciężko im wszystkim było, bo warunki były nienaturalnie trudne, wręcz bardzo ciężkie. Pewnego razu przerzucono ich do kolejnej „bazy”, położonej o 40 km na wschód od Kokczetawia, gdzie żyli do czasu deportacji do Polski.

Najbardziej pan Henryk wspomina panujący wszędzie ogromny GŁÓD, który bardzo utrudniał wszystkim codzienne egzystowanie. Żyć każdy pragnął, ale wiele rodzin zostało zdziesiątkowanych przez szerzącą się zewsząd śmierć, która zbierała obfite żniwo. Rodzinę Matusiewiczów śmierć jakość szczęśliwym trafem omijała.

Tak mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata. Aż nadszedł nieoczekiwanie rok 1945. W połowie roku dotarły do nich wieści o zakończeniu wojny (wtedy nawet nie wiedzieli, że światowej!). Wówczas matka czyniła starania o repatriację jej rodziny do ukochanej Polski, która – sami nie wiedzieli, gdzie się teraz tak naprawdę znajduje.

Nadeszła połowa lutego1946 roku. Zaczął się niesamowity ruch w osadzie, bo już wówczas wiedziano, że Polacy będą powracali do swojej Ojczyzny. Zorganizowano transport, którym udali się do Kokczetawia (16.02.46 r.).

Na stacji kolejowej załadowano wszystkich do bydlęcych wagonów, ale już wtedy drzwi nie zostały zaryglowane, a lufciki w ścianach wagonów były otwarte. Po wielu dniach dotarli do nadgranicznego Brześcia. Tu rodziny rozdzielały się. Jedni udawali się w rodzinne strony, inni – tak jak rodzina Matusiewiczów, która nie miała gdzie wracać, bowiem ich maleńka Górnowszczyzna była w rękach Rosjan, pokierowana zosytała transportem na tak zwane Ziemie Odzyskane. Zdali się wówczas na innych. W drugiej połowie marca dotarli do stacji kolejowej Goliszewo (dziś Golczewo), gdzie pociąg zatrzymał się na dobre. W kamieńskim PUR-ze (Państwowy Urząd Repatriacyjny) Oddział golczewski dostali przydział do podkamieńskiego Giżkowa. Tu trafili 27 marca 1946 roku. Dostali mieszkanie, jako tako wyposażone w meble, czystą pościel pochodzącą od Polskiego Czerwonego Krzyża.

Mama pana Henryka zaczęła pracować w miejscowej chlewni z najstarszą siostrą Haliną, a sam pan Henryk poszedł w 1947 roku do szkoły powszechnej która mieściła się w pobliskich Górkach. Siódmą klasę kończył w Jarszewie.

Osoba odpowiedzialna za treść:  Aleksandra Sławińska
Osoba publikująca:  Urząd Miejski
Data publikacji:  12.03.2014 08:19:59
Data modyfikacji:  29.02.2016 14:00:33
Ilość wyświetleń:  2629
DataOsoba dokonująca zmianOpis zmiany
29.02.2016 14:00:33Balbina Kaczanowskaedycja strony
12.03.2014 08:25:55Monika Kosińskaedycja strony
12.03.2014 08:19:59Monika Kosińskadodano stronę