Kamery

Zobacz on-line:

wtorek, 17 lipca 2018
Imieniny: Aleksego, Bogdana i Martyny

RSS RSS

High contrast
A- A+

Wersja tekstowa

KameryFacebook

Menu ▼

Formularz wyszukiwania

Michał Siomka – „Wywieźli nas – nie wiedzieć czemu, nad ranem w mroźną noc, i to w nieznane…

Michał SiomkaPan Michał urodził się 15 listopada 1932 roku w Klepaczach gmina Różana, powiat Kosów, ówczesne województwo poleskie (teraz Brzeska Obłost’), w rodzinie państwa Romana i Weroniki jako ostatni z piątki rodzeństwa. Pozostałe rodzeństwo to: Wacław, Mikołaj, Anna i Aleksy. Mama zajmowała się gospodarstwem domowym, a ojciec był najpierw pracownikiem leśnym, potem gajowym. Mieli 5 – 6 hektarowe pole, trochę łąk w lesie i poletka, na których siali grykę. Okolica była biedna, ale państwu Siomkom żyło się całkiem znośnie. Dawali sobie radę, mimo, że rodzina była liczna.

1 września – w dzień wybuchu wojny z Niemcami, pan Michał poszedł do pierwszej klasy szkoły powszechnej i uczył się w niej aż do 10 lutego następnego roku, kiedy ich całą rodzinę wywieźli w nieznane.

Kiedy nastał 17 września zaroiło się od rosyjskich żołnierzy, którzy pobliską drogą Słonim – Brześć parli na zachód. Wiedzieli, że zaczęła się kolejna wojna, tym razem z Rosjanami. Pan Michał cały dzień siedział na wzgórku i obserwował przemieszczające się kolumny piechoty rosyjskiej. Nie zdawał sobie jednakowoż sprawy z tego, co znaczy słowo „wojna” i co się z tym strasznym słowem wiąże. Był jeszcze dzieciakiem.

Przez kilka następnych dni nocowali u nich cofający się polscy żołnierze, którzy – by się jakoś kryć, przywdziali ubrania cywilne. Potem poszli sobie w nieznane i słuch po nich zaginął.

Do 10 lutego przybyło w ich okolice nieco cywilów rosyjskich, którzy chcieli się tu zadomowić. Pewnie na zawsze?

Nastał jednak szczególny dzień, a w zasadzie noc 10 lutego 1940 r. Jak wspomina pan Michał, było wtedy bardzo mroźno i  śnieżnie. – O czwartej nad ranem zapukali do ich domu radzieccy NKWuDziści. Było ich około 20. Kazali stanąć w szeregu pod ścianą i zaczęło się  rewidowanie rodziny i przeszukanie mieszkania. Rozdzierali pierzyny, zrywali drewniane podłogi, poniżali ich. Czego szukali? Nie potrafi tego powiedzieć nasz rozmówca. Po czym powiedzieli: „Pojedziecie w Rosiju…”. I kazali im się czym prędzej spakować, zabrać ciepłe rzeczy, żywność i zapakowano ich na sanie. Około południa dotarli do Kosowa, gdzie zatrzymali się w miejscowej szkole z innymi Polakami, którzy byli w podobnej sytuacji. Dostali jakiś obiad, po czym znów saniami pojechali na stację Iwancewicze, było już wtenczas ciemno. Tu już stało około 30 wagonów bydlęcych, do których ich wrzucono. Rodzina Siomków trafiła do siódmego wagonu, po czym drzwi zostały zaryglowane. W siedzących w wagonach wdarła się niepewność. Co teraz będzie? Gdzie chcą nas wywieźć? Co z nami będzie? – Nasuwały się pytania na usta przestraszonych Polaków.

Na środku pomieszczenia w wagonie był nieduża dziura, gdzie wszyscy załatwiali swoje sprawy fizjologiczne, a pod ścianą stał piecyk tak zwana „koza”, gdzie jako tako można było się ogrzać. Wszyscy lgnęli w to miejsce, ale wówczas robiło się ciasno, więc do „kozy” zbliżano się „na raty”.

O północy pociąg ruszył w nieznane. Na pierwszej stacji po około 40 km dano im trochę chleba, ale wody nie było w ogóle. Druga stacja – kazali wysiadać z wiaderkami i nabierać śnieg, by go później stopić na wodę, którą się pożywiali. Po pewnym czasie dotarli na przedmieścia Moskwy. Pan Michał widział z oddali przez niewielki lufcik w wagonie okazałe wieże stolicy Związku Radzieckiego. Skierowali się potem w kierunku na niegościnny i nieprzyjazny Archangielsk, leżący na północy tego wielkiego kraju. Jechali tak łącznie trzy tygodnie do początku marca 1940 r. Zatrzymali się na stacji Chołmogorskaja 100 km od Archangielska. Tu czekały na nich kobiety (woźnice) z saniami. Wieziono ich dalej około 160 km w głąb tajgi na wschód. Dotarli do Siewiernej Dzwiny (jechali siedem dni). Dotarli do Posiołka (siedlisko) Chatoziero. Tu czekały na nich domy wykonane niedbale z drewnianych bali. Rodzina otrzymała jedno pomieszczenie na piętrze jednego z obskurnych domów. Tu zastali tylko piec wykonany z cegły oblepiony gliną, już rozgrzany. Osiedlem zawiadywał komendant i jego zastępca.

Osoba odpowiedzialna za treść:  Aleksandra Sławińska
Osoba publikująca:  Urząd Miejski
Data publikacji:  07.03.2014 10:09:25
Data modyfikacji:  29.02.2016 13:55:37
Ilość wyświetleń:  1180
DataOsoba dokonująca zmianOpis zmiany
29.02.2016 13:55:37Balbina Kaczanowskaedycja strony
07.03.2014 10:09:25Monika Kosińskadodano stronę