czwartek, 27 czerwca 2019
Imieniny: Cypriana, Emanueli i Władysława

RSS RSS

High contrast
A- A+

Wersja tekstowa

KameryFacebook

Menu ▼

Formularz wyszukiwania

Helena Rodziewicz – „W lutym 1940 r. wywieźli nas zdradziecko aż pod chińską granicę…”

Od czasu do czasu dostawali do jedzenia tak zwany „kipitoch”, jakąś lurowatą zupę, nieco chleba i „rosolnik”.

Po wielu dniach tej kolejowej tułaczki dotarli do syberyjskiego Żangistobe, u podnóża gór Tienszan, niedaleko granicy z Chinami. Stąd, dalej saniami, powieziono ich ponad 70 km do Karanczankuru – po kazachsku „Głęboki Kocioł” (20 km od granicy chińskiej), gdzie była – jak się wkrótce dowiedzieli, kopalnia złota o nazwie „Toczka”. Kiedy tam zajechali, stłoczono ich w miejscowej szkole (w jednym pokoju 17 osób!), po czym zaczęto rozkwaterowywać po różnych ziemlankach. Rodzina Rodziewiczów „dostała” przydział do lepianki, gdzie mieli do dyspozycji jedno nieduże pomieszczenie. Drugie pomieszczenie zajęła rodzina Derwinisów.

Tu dla dorosłych stworzono normalny obóz pracy, którym zawiadywał komendant.

Polacy, których tam teraz była większość, bardzo głodowali. Szukali różnych sposobów, by zdobyć coś do jedzenia. Ukradkiem – bo obozu opuszczać nie można było, chodzili do pobliskiego kołchozu, na wymianę. Coś ze swego dobytku oddawali, a w zamian otrzymywali coś do jedzenia.

Pani Helena pamięta, że dotarli tam przed 8 marca 1940 roku, bowiem 8 marca zorganizowano występy – w tym z udziałem Polaków, a było to z okazji Dnia Kobiet.

Matka pracowała w kopalni złota, do której docierała, tak jak inni, pieszo po godzinie i 15 minutach, ojciec woził wozem konnym rudę do pobliskiego młyna, za co otrzymywali niewielkie racje – można by rzec, symboliczne racje chleba. Dzieci i starcy, czyli niepracujący, przydział chleba mieli więcej niż znikomy. Pracujący otrzymywali dziennie 500 g chleba, niepracujący, a więc dzieci i starcy – 300 g.

Tak żyli w tych ciężkich i niepewnych warunkach do czasu, kiedy zaczęła formować się armia polska generała Władysława Andersa. Wielu mężczyzn pragnęło wstąpić do tego wojska, ale to nie było takie proste.

Jesienią 1942 roku opuścili dotychczasowe miejsce i udali się w drogę w nieznane. Jechali bez celu, a w zasadzie, za wojskiem gen. Wł. Andersa. Tak dojechali do Usztobe, gdzie koczowali siedem dni. Ciągle panował głód, był wielki upał, i ta straszna niepewność jutra. Wszyscy byli bardzo przygnębieni, brak było w ludziach wiary i nadziei na lepsze, normalne jutro.

Dojechali dalej do położonej o 40 km od Usztobe Osady Sacharnyj Zawod, zwanej dalej „Sieło Kirowa”. Mama pani Heleny poszła do pracy do pobliskiego sowchozu, ojciec podjął pracę w cukrowni. Było tu wielu Polaków, których dokwaterowywano do tutejszych mieszkańców. Rodzina Rodziewiczów pomieszkała na kwaterach przy IX ulicy. W tym miejscu mieszkało też wielu muzułmanów, którzy żyli niewiele lepiej od Polaków. Też musieli walczyć o codzienny byt i przetrwanie.

Polacy mieszkający tam bardzo licznie, byli poniżani i zastraszani przez miejscowe władze. To nie pomagało we wzajemnych stosunkach międzyludzkich.

Pani Helena pamięta straszne, mroźne i srogie zimy, były ogromne śniegi, ale też piękne i upalne lata, lecz nazbyt krótkie, niestety. „Pamiętam, że step zmieniał - dosłownie z każdym dniem, swoje barwy, ale my nie mieliśmy powodów do radości.” – wspomina pani Helena.

Pamięta, że pewnego razu wybrała się (nie wie po co) do kopalni złota. Musiała iść długo i wysoko pod górę. I pamięta, że wszędzie było pełno żmij, czy węży. Trudno było postawić stopę, by na nie nie nadepnąć. Było tego w bród. Od tego momentu aż do teraz ma lęk przed wszelkiego rodzaju gadami.

I mieszkali tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Od czasu do czasu trzeba było zrobić jakiś porządek w izbie. Pamięta, że brano wtenczas świeże łajno krowie, rozcieńczano je z w wodzie, robiąc z tego papkę. Potem szmatką tę papkę rozprowadzano po danej powierzchni. Robiła się wtedy warstwa zielonkawego meszku. I to było całe sprzątanie izby.

W 1945 roku, pod jego koniec, dotarła do nich wiadomość, że skończyła się wojna światowa. Przyszła nadzieja na powrót do Ojczyzny. Wszyscy przeogromnie tęsknili za krajem, za swymi stronami, oddając się częstokroć modlitwie. To pomagało przetrwać.

Osoba odpowiedzialna za treść:  Aleksandra Sławińska
Osoba publikująca:  Urząd Miejski
Data publikacji:  07.03.2014 12:11:51
Data modyfikacji:  29.02.2016 13:59:04
Ilość wyświetleń:  1977
DataOsoba dokonująca zmianOpis zmiany
29.02.2016 13:59:04Balbina Kaczanowskaedycja strony
07.03.2014 12:13:32Monika Kosińskaedycja strony
07.03.2014 12:11:51Monika Kosińskadodano stronę