Kamery

Zobacz on-line:

czwartek, 15 listopada 2018
Imieniny: Amielii, Idalii i Leopolda

RSS RSS

High contrast
A- A+

Wersja tekstowa

KameryFacebook

Menu ▼

Formularz wyszukiwania

Franciszka Fryderyka Ukraińska – „Choć wtedy byłam jeszcze mała, wiele pamiętam z tamtego strasznego okresu …”

Franciszka Fryderyka UkraińskaPani Franciszka urodziła się 18 kwietnia roku 1938 w powiatowym mieście Bóbrka w przedwojennym województwie lwowskim, dzisiaj jest to teren Ukrainy. Rodzice to Stefan Rodacki  (ur. 1904 r., zm. 2002 r.) i Józefa - z domu Wodziczko (rok ur. 1914, zm. 1988 r.). Państwo Rodaccy prowadzili duże gospodarstwo rolne w Łankach Małych nieopodal Bóbrki i żyło się im znośnie. Pan Stefan ponadto pracował też jakiś czas w fabryce samolotów, ale przyszła redukcja etatów i zmusiła go do odejścia z pracy.

Nasza bohaterka ma przyrodnią siostrę Irenę, młodszą o 11 lat, która mieszka od wielu lat w dalekim Białymstoku. Obie siostry odwiedzają się na przestrzeni wielu lat i są w stałym kontakcie.

Pani Franciszka nie pamięta momentu rozpoczęcia II wojny światowej, lecz sporo dowiedziała się o tym zdarzeniu z opowiadań, do których nie chciałaby jednakowoż wracać.

Nadszedł mroźny kwiecień 1940 roku. Było wtenczas bardzo zimno i śnieżnie. W nocy 10 dnia kwietnia zapukali do drzwi ich domu enkawudziści (NKWAD) i dwóch ukraińskich milicjantów. Wtedy w domu była tylko pani Franciszka, jej mama i dziadek. Wówczas babcia była w gościach, zaś ojciec ukrywał się przed bolszewikami, jak ich nazywał.

Na spakowanie się mieli raptem godzinę. Mama pani Franciszki spakowała w pośpiechu ciepłą odzież, pościel i sporo żywności. Jakby wiedziała, że do tego miejsca już nie powrócą. Zawieziono ich saniami do nieodległej stacji kolejowej i podobnie jak innych, zapakowano do wagonów bydlęcych (pani Franciszka mówi łagodniej – towarowych). Warunki w wagonie były straszne. Było zimno, głodno i ciasno, bowiem w każdym z wagonów skupiono wiele rodzin. Jak ocenia pani Franciszka, wieźli ich na wschód jakieś 3 – 4 tygodnie, aż dojechali do Krasnodarskiego Kraju, a potem zawieźli ich jeszcze 50 km w głąb tajgi, do Uczastoka UK, gdzie mieszkali już liczni zesłańcy. Mamę „zatrudniono” przy wyrębie drzew w srogiej tajdze. Dziadek nie pracował, bo już wtenczas ciężko chorował.

W ogóle ten kraj był niegościnny. Srogie i bardzo śnieżne zimy z temperaturami do minus 40 stopni Celsjusza, i krótkie, niezbyt ciepłe lata. Jak się tu okazało, decyzja o wzięciu z domu ciepłych pierzyn była trafną decyzją pani Józefy, która jakby przeczuwała, że znajdą się niebawem w ciężkiej niedoli.

Mieszkali od samego początku w drewnianym baraku z oblepionymi gliną ścianami, w jednym ciasnym pokoju. Zapasy żywności z Polski powoli się kończyły i zaczął doskwierać zdradziecki i bezgraniczny głód. A tam żywności wydawano jak na lekarstwo.

Tak mijały miesiące, aż nastał wrzesień 1942 roku. Ponownie spakowano ich z innymi do wagonów kolejowych i zabrano w podróż w nieznane. Trafili w okolice Kurganu (za Uralem) nad rzeką Toboł (dopływ Irtysza – przyp. red.). Zakwaterowano ich byle jak i byle gdzie w pobliskim kołchozie, gdzie zdrowi zapędzeni zostali od razu do ciężkiej pracy. Pani Józefa pracowała wówczas, i to ciężko, także we wspomnianym kołchozie.

Mama pani Franciszki w okresach letnich zbierała na polach ziarenka pszenicy, która tam się ostawała, zbierała też leżące w ziemi kartofle. Ktoś doniósł o tym fakcie miejscowej milicji i wezwano mamę na posterunek. Tam się sprawa szybko wyjaśniła. Milicjanci zezwolili jej i pozostałym Polakom na ten dziwny dla nich proceder, zakazali natomiast tego Rosjanom, twierdząc, że jak nie potrafią zebrać wszystkiego z pól, niech teraz radzą sobie w inny sposób.

Codziennie dostawali minimalne porcje chleba, który pani Franciszka nazwała „glinianym”. „Tego się po prostu nie dało jeść. Ale czymś żołądek trzeba było napełnić, więc się musieliśmy codziennie przemagać.” – wspomina z niesmakiem pani Franciszka.

Wiosną 1943 roku trafili do samego Kurganu. Pamięta wielkie łany kwiatów na łąkach. „Był to widok cudowny.” – wspomina. Zakwaterowano ich w jednym znośnym i ciepłym pokoju u starszej gospodyni - Rosjanki, która była dla nich miła i uczynna. Często opiekowała się małą Franciszką. Potem pani Józefie udało się zatrudnić w polskiej placówce, która rozdysponowywała wśród Polaków żywność z zagranicy. Było to na przełomie 1943 – 44 roku. Pracowała tam do późniejszego aresztowania.

Pani Franciszka pamięta dokładnie dzień 26 kwietnia 1944 roku, kiedy to na dużej sali teatralnej odbył się koncert dla Polaków. Ona sama mówiła wtenczas na scenie znany wszystkim Polakom wiersz „Kto ty jesteś, Polak mały”. „Dokładnie to pamiętam, bowiem to zdarzenie utkwiło mi w pamięci na zawsze. Ta scena, światła, mnóstwo ludzi. Ludzie się radowali, były niesamowite owacje. To zrobiło na mnie – małej dziewczynce, niesamowite i wyjątkowe wrażenie.” – wspomina z rozrzewnieniem pani Franciszka.

Osoba odpowiedzialna za treść:  Aleksandra Sławińska
Osoba publikująca:  Urząd Miejski
Data publikacji:  07.03.2014 09:22:16
Data modyfikacji:  29.02.2016 13:37:39
Ilość wyświetleń:  1024
DataOsoba dokonująca zmianOpis zmiany
29.02.2016 13:37:39Balbina Kaczanowskaedycja strony
07.03.2014 09:22:16Monika Kosińskadodano stronę